wtorek, 22 marca 2011
Antysemityzm wiecznie żywy
Debata bez debaty – tak, delikatnie mówiąc, można określić program Tomasz Lisa w telewizyjnej dwójce pierwszego dnia wiosny. Jan Tomasz Gross i jego publikacje polaryzują tak mocno naszą rzeczywistość, że nawet program, który nie koncentruje się na jego twórczości, nie może wyjść poza wyznaczone ramy konfliktu. Pomysł Lisa na program był bardzo dobry, jednak skutki okazały się wręcz opłakane. Zaczęło się interesująco. Agnieszka Holland wraz z Robertem Więckiewiczem opowiadali o swoim najnowszym filmie W ciemności (premiera wkrótce). Były to wyważone wypowiedzi, zwłaszcza Roberta Więckiewicza. Mieliśmy okazję usłyszeć nawet kilka słów od autorki książki, na bazie której powstał film o drobnym złodziejaszku, który przechodzi wewnętrzną przemianę: najpierw ukrywa Żydów za pieniądze, a potem z dobroci serca. Tyle, że ten temat został szybko ucięty, a może po prostu nie został właściwie podjęty dalej. Następnie wróciło to czego obawiał się Robert Więckiewicz, czyli chaos z początku dyskusji. Chaos który świadomie podsycał poseł Girzyński i deputowany PE Wojciechowski, obaj z PiS. Jak mantrę politycy ci powtarzali o przewinieniach innych narodów, tylko nie o naszych, przekrzykując się nawzajem o niewątpliwych zasługach rodaków. Nacjonalistyczna filozofia rodem z PRL, czy wcześniej z Dmowskiego – tylko, że program miał dotyczyć czegoś innego. Jednak kulminacyjnym punktem programu był inny moment. Najpierw Tomasz Lis zapytał retorycznie: jak to możliwe, żeby w kraju w którym odbywała się Zagłada Żydów mogły wychodzić gazety o profilu stricte antysemickim? Następnie zaprosił na frapujący materiał, ocierający się o dziennikarstwo śledcze. Dotyczył on Jana Kobylańskiego, podejrzewanego o szmalcownictwo podczas wojny, sponsora toruńskiej rozgłośni Radio Maryja. To, że posłowie PiS odbywają pielgrzymki do Urugwaju jawnie popierając tę osobę, można jeszcze jakoś zrozumieć – czysty koniunkturalizm, w końcu to Ojciec Dyrektor na falach Radia Maryja namaszcza posłów i senatorów kolejnej kadencji. Mnie jednak zabolało coś zupełnie innego. Na nagraniach z ukrytej kamery możemy dowiedzieć się jak poplecznicy Kobylańskiego tworzą kolejną teorię spiskową. O tym, że żyjemy w judeopolonii, że w rządzie jest tylko 30% czysto rasowych Polaków, o tym że rząd światowy (kim on był nie był) oraz traktat lizboński zdecydował o utracie suwerenności przez nasz kraj, itd. Świetne nagranie, tego co skrajna prawica, czy po prostu skrajnie myślący ludzie, tak naprawdę myślą i kogo obwiniają, że nie są teraz u władzy. Znów Żyd jest wrogiem. Jest jednak jedno ale, ponieważ nikt tego nagrania nie skomentował, a sam Tomasz Lis nazwał je zdawkowo: dzikim antysemityzmem. Zgoda, to trafna pointa, tyle że każdy stereotyp, jeden po drugim powinien zostać na antenie skrupulatnie wyjaśniony. Tak się nie stało i jestem przekonany, że część naszego społeczeństwa puściła mimo uszu komentarz o zwierzęcym antysemityzmie, dalej tkwiąc w przekonaniu, że coś w tym przecież jest… A powiedzmy sobie szczerze i dobitnie – to stek bzdur i wierutnych kłamstw! Chociażby z ostatniego spisu ludności wynika, że w Polsce żyje ok. 10 tysięcy obywateli Polski narodowości żydowskiej. Powtórzmy: 10 tysięcy w stosunku do 38 milionów! Dlatego nie może być zgody na zakłamywanie rzeczywistości o judeopolonii czy insynuacji, że w polskim rządzie jest 70% Żydów. Nie mówiąc już o innych absurdalnych oskarżeniach. Jest mi wstyd za takie określenia, ale i także za to, że nie są one prostowane na bieżąco. Rodzi to możliwość do dalszego trwania tych skrajnie chorych przekonań. Niestety konkluzja jest również pesymistyczna: nasz antysemityzm jest wiecznie żywy. Obawiam się, że nic już nie jest w stanie zmienić tej naszej narodowej cechy, lecz takie publikacje jak prof. Engelking czy Grabowskiego, a nawet Grossa są bardzo potrzebne i może chociaż część polskiego społeczeństwa, choćby ta młodsza, uzna że dzisiejszy polski antysemityzm przeczy rzeczywistości i odrzuci go na śmietnik historii. Czyli tam gdzie jego miejsce.
czwartek, 13 stycznia 2011
Medialny strzał w głowę
„Dlaczego polski generał otrzymał medialny strzał w głowę, jak polscy żołnierze w Katyniu 70 lat temu”- egzaltuje się B. Kempa (PiS). Pytanie powinno zostać zadane zupełnie inaczej: czy święte oburzenie klakierów z partii x, jest adekwatne do zaistniałego wydarzenia? Czy nie jest to, po prostu, kolejna okazja do bicia w narodowy bęben, wiązania i dyscyplinowania własnych wyznawców? Czy za tymi patetycznymi słowami, nie kryje się partykularna walka o to, czyja jest Polska i czy „moja racja jest nacja najmojsza”? Tak to wygląda, gdy porównuje się rzeczy nieporównywalne w żadnym stopniu. Bo jak porównać ludobójstwo, do nierozwagi i chęci wylądowania za każdą cenę? Nawet w imię tak skrajnie rozumianego patriotyzmu, zestawianie ze sobą tak odmiennych, lecz bolesnych spraw, jest niedopuszczalne. I jest to dla mnie większa hańba, niż raport MAK, obwiniający tylko polską stronę za katastrofę z 10-tego kwietnia. Bo kto spodziewał się, że Rosja, ta ostatnia ostoja demokracji, kraina wolnych mediów i wyborów, odtworzy obiektywny schemat tamtych wydarzeń, ten był tak samo naiwny, jak ci ludzie, którzy uwierzyli w magiczną przemianę byłego kandydata na urząd Prezydenta RP. Licytowanie się, kto bardziej ponosi odpowiedzialność, za to co się stało, jest gorszące. Co nie zmienia faktu, że raport MAK, nie wspomina o roli kontrolerów ruchu lotniczego ze Smoleńska, uznając że była nieistotna. Tyle, że owe osoby w sposób czynny, brały udział w tym co się działo. O tym nie można zapominać, jak również i o tym, że polska delegacja chciała zdążyć za wszelką cenę. Płacąc za to własnym życiem…
poniedziałek, 18 października 2010
Kontestacja & Chomsky, czyli miej wątpliwość
W USA jest jedna partia, a nie dwie; Obama omamił Europę; Iran ma prawo wzbogacać uran; wojna w Afganistanie jest równie niesprawiedliwa jak ta w Iraku – mówi Noam Chomsky, wywiadzie dla Przekroju. Warto podsumować ten b. ciekawy wywiad. Dlaczego? Dlatego, że do mediów, do tych mainstreamowych mediów informacyjnych nie przebijają się poglądy, tak kontestujące naszą zastaną rzeczywistość. Chomsky'ego nikt nie słuchał w 2001 roku. Jego poglądy nie zmieniły się co do wojny w Afganistanie, a potem w Iraku. Zmieniła się sytuacja oraz skala ofiar, tych już nie peryferyjnych wojen na danym obszarze, a wojny globalnej między światem Zachodu a fundamentalistycznym Islamem Wschodu i jak pokazują przecież późniejsze zamachy (Londyn, Madryt), nie tylko Wschodu... Nagle pojawili się ludzie i popyt na to, żeby wsłuchiwać się w jego pełne wątpliwości wypowiedzi. Tyle tylko, że jest już za późno, Bush i jego administracja mają krew na rękach. I to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: Bush był i jest zbrodniarzem wojennym, a wojna jaką wywołał będzie trwała jeszcze długo i wszyscy będziemy ponosić tego konsekwencje. Niedawno przecież zginął dwudziesty drugi polski żołnierz w Afganistanie. Bo czy naprawdę to była jedyna możliwość, ta wojna przeciwko duchom? Zarówno ben Laden oraz broń masowego rażenia w Iraku to abstrakcja i owe duchy nadal unoszą się nad tą gwałtowną decyzją o inwazji, a zarazem otwarciem przysłowiowej puszki Pandory oraz paradoksalnie: wzmocnieniem popularności al Kaidy w świecie skrajnego Islamu zamiast marginalizacji. Decyzja, która wywołuje lawinę następstw jak inne zamachy, którymi nie dyryguje ben Laden, który albo już nie żyje, albo kryje się gdzieś w górach nie mając nawet dostępu do telefonu, czy Internetu bojąc się namierzenia. Zresztą nie musi niczym zarządzać, jego legenda nie powstała 11 września, bo wtedy został przez większość świata islamskiego potępiony. Jego legenda stała się nieśmiertelna poprzez Busha, który zrobił z niego męczennika, nadając sens kolejnym zamachom jemu podobnym naśladowcom. Zemsta okazała się gorsza w skutkach od powściągliwości i woli rozwiązania tego problemu na drodze działań służb specjalnych, które przecież w dużej mierze są odpowiedzialne za to, że 11 września był w ogóle możliwy. Bush jednak popełnił katastrofalny błąd, przy akompaniamencie swojej partii jak i przecież demokratów, wywołał wojnę o zasięgu globalnym opartą na silnych emocjach, zamiast wykorzystać wszystkie inne możliwe sposoby, łącznie z vendettą w stylu Mosadu na terrorystach monachijskich... I oby Obama wyciągnął z tego wnioski i nie zaczynał nowego, niepotrzebnego konfliktu z Iranem, brzemiennego w skutkach, jak można sądzić po Afganistanie i Iraku. Who can? Wspominając o Obamie, chciałbym dokonać oceny już dwóch lat jego prezydentury. Dwadzieścia cztery miesiące temu, niemal skandowałem tu na tym blogu, Yes we can, ciesząc się, że zmiana naprawdę jest możliwa. Moja naiwność po raz kolejny została brutalnie zweryfikowana przez życie. Muszę zgodzić się z profesorem Chomsky'm, że wybór Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych okazał się jedynie mniejszym złem w porównaniu do McCaina. A pokojowa nagroda Nobla, nawet uznając ją jako zachętę dla Obamy, aby działał na rzecz pokoju, z perspektywy czasu wywołuje tylko pusty śmiech. Jego administracja przejęła kukułcze jaja, czy wręcz, przepraszam za sformułowanie, pieskie gówno na dywanie Białego Domu od administracji Busha, co nie zmienia faktu, że Obama nie ma pomysłu, aby zakończyć niesprawiedliwy rozlew krwi na Bliskim Wschodzie oraz odradzanie się na Zachodzie komórek terrorystycznych gotowych na śmierć. Dwa kolejne lata nie wróżą, żadnej zmiany w prezydenturze Obamy, którego do tej pory należy ocenić niestety jako dobrze sprzedany produkt wizerunkowy i nic poza tym. Szkoda, że dwa lata temu tak bardzo pomyliłem się co do tej osoby, choć wiem, że nie tylko ja.
sobota, 27 czerwca 2009
Dwuznaczny król popkultury
Na początku lat 90-tych, tuż po pokojowej transformacji, Polska ogarnięta była Jacksonmanią. Wielu (i w tym także moja osoba), zafascynowały niesamowite koncerty i teledyski, człowieka okrzykniętego królem popu. Nasze pokolenie dorastało przy nim. Świat pokochał Michaela Jacksona. Dlatego też, nikt z jego fanów nie dawał wiary doniesieniom brukowców o domniemanej pedofilii. Ława przysięgłych także nie uwierzyła tak postawionym zarzutom prokuratorskim. Lecz nagle ta oszałamiająca kariera zaczęła chylić się ku upadkowi. Sława stała się przekleństwem. Tabloidy, gdy zwietrzyły świeżą krew, to z całym impetem rzuciły się na rzadką chorobę bielactwa oraz nieudane operacje plastyczne, pikującej już wtedy ikony muzyki masowej. Najwierniejsi fani nie odeszli, ale nowi też nie przybywali, co spotęgowało ogromne zadłużenie artysty. Skandalizujący król popkultury umarł przedwcześnie, w długach finansowych, ale i moralnych, wzbudzających niejednoznaczne emocje. Black or white? Trudno osądzić panowanie tegoż króla w kategoriach czarno-białych. Czy jego liczne akcje charytatywne oraz społeczne, w tym zmniejszanie stereotypowego dystansu między ludźmi różnych kolorów skóry, mogło uniewinnić rzekomą pedofilię? Pewne jest tylko to, że Michael Jackson stał się kolejnym zakładnikiem własnej popularności. I to popularności od wczesnych lat życia. Brzemię to, przez jednych tak pożądane, przez innych było już za ciężkie do udźwignięcia...
czwartek, 28 maja 2009
Cesarstwo katalońskie
Puchar Króla, Mistrzostwo Hiszpanii, Tryumf w Lidze Mistrzów - to wszystko co chciała zdobyć i zdobyła w mijającym sezonie barcelońska nawałnica. Po krwiożerczym boju z Chelsea, kolejny przeciwnik Blaugrany, musiał oddać cesarzowi co cesarskie. Anglicy podtrzymali niechlubną tradycję rozgrywek ligi mistrzów, dotyczącą niezdolności obronienia tego trofeum. Jak do tej pory, nie udało się to nikomu. Jednak, w końcu ktoś musi przełamać tę klątwę i uważam, że właśnie taki powinien być cel Dumy Katalonii na najbliższy sezon. I stanie się to realne, jeśli Guardiola nie popełni błędu Rijkarda, który po paryskiej wygranej z Arsenalem (w finale LM w 2006 roku), nie potrafił już umotywować zespołu, tak aby powtórzyć walkę o przejście do historii. Mimo, że na papierze Barca miała skład o jakim można było tylko pomarzyć, to dopiero Guardiola, swoisty trenerski żółtodziub, uporządkował drużynę i wydobył, z jakże sławnych piłkarzy, to kluczowe bogactwo, sportową złość i wiarę w swoje możliwości. Dzięki temu walczyli oni w Rzymie niczym średniowieczni Hunowie, nie pozostawiając żadnych wątpliwości kto w wiecznym mieście był mocniejszy.
wtorek, 26 maja 2009
Silna wojna Masłowskiej wg demonów codzienności
To nie jest film dla każdego, ale każdy powinien go zobaczyć, choć jeden raz, aby w tej przerysowanej nierzeczywistości dostrzec komiksowość również i własnego życia. Cytat autorki o adresatach swojej książki i teraz filmu, pokazuje to dobitnie: ,,Jeżeli ktoś sięgnął po "Wojnę...", bo Robert Leszczyński mówił w Z kolei cytat z filmu, jaki najbardziej wyrył mi się w głowie, to stwierdzenie, że ,,Bóg przewraca się w grobie", co jest najtrafniejszą tragikomiczną diagnozą hipotetycznej reakcji istoty wyższej, na to co każdego dnia wyczyniamy. I nie jest to bynajmniej rurka z kremem typu ,,Teraz albo nigdy", a raczej codzienna psychiczna walka człowieka z innym człowiekiem, mieszająca z błotem wszelkie hasła równości. Nie ma równości kurwa, każdy chce być od kogoś lepszy. Pokonany chce innego zgnoić, żeby poczuć się lepiej - do takich wniosków nie dochodzą przecież tylko bohaterowie ,,Wojny polsko-ruskiej". Nieprawdaż? Jestem pewien, że ten film jest i będzie za jakiś czas uważany za obraz naszego pokolenia. Pokolenia żyjącego na paradoksach odziedziczonych z poprzedniej epoki. Ostre, chropowate i zarazem szydercze realia, ale kiedy wyrzucimy z siebie już całą agresję, zamieniając wulgarny krzyk na wrażliwy szept typu: ,,no weż mnie przytul!", to tym samym, dopuszczamy wreszcie nasze mało używane człowieczeństwo do głosu... Choć na chwilę...
czwartek, 07 maja 2009
Na ratunek Iniesta!
W momencie gdy niesłusznie wyleciał Abidal, napisałem do przyjaciela, że i tak k... będzie święto! że musi być k... remis! Wierzyliśmy w to. I nadeszła 93 min. gdy angielscy oraz hiszpańscy kibice, ale z madrytu... mogli usłyszeć w poznańskim pubie, w miejscu gdzie wspólnie przeżywaliśmy ten półfinał ligi mistrzów, moją wprost zwierzęcą radość z fenomenalnego uderzenia Iniesty na miarę finału! I to pomimo b. słabego meczu w wykonaniu Dumy Katalonii, gdzie Eto'o, Messi czy Xavi byli zupełnie niewidoczni, a eksperymentalna obrona nie dawała sobie rady z kąśliwymi atakami piłkarzy Chelsea. Ale nie wolno zapomnieć o jeszcze jednym bohaterze wczorajszego wieczoru prócz oczywiście Andresa Iniesty. To Victor Valdes, dzięki któremu Barcelona miała do odrobienia tylko jednego gola (strzał nie do obrony Essiena), a nie znacznie więcej... Zwracam mu honor bo nigdy nie byłem do niego przekonany. Teraz wszystkie drogi prowadzą do Rzymu! Barca! Barca! Barca! VeB!
piątek, 10 kwietnia 2009
Tajemnice wiary
Święta Wielkanocne tuż za pasem, lecz jak je przeżywać gdy nasuwa się tak wiele pytań co do prawdzwości tamtych wydarzeń? Na te trudne pytania związane z wiarą, próbują odpowiedzieć naukowcy. Dla ciekawych tej tematyki polecam ,,Tajemnice krzyża" na National Geographic. Wnioski z tych programów z jednej strony szokują, a z drugiej tak jakby odrywają chrześcijaństwo z kłamstw powtarzanych bezwiednie przez wieki. W odcinku poświęconym Marii Magdalenie, zdajemy sobie sprawę, że to ona tak naprawdę dała początek chrześcijaństwu, ponieważ to Maria Magdalena zobaczyła ,,coś" w grobie Jezusa w trzy dni po jego ukrzyżowaniu, a następnie podzieliła się tym z innymi uczniami. Jednak czy zobaczyła to w co wierzymy, czyli zmartwychwstanie czy może ujrzała to co chciała zobaczyć poprzez wizję wywołaną podświadomym pragnieniem czy nawet miłością do swego mistrza... Jeśli w górę wzięły miłosne emocje to byłaby to wielka romantyczna historia, ale nic po za tym... Przykrą ironią jest to, że osoba od której wyszła pierwsza informacja o objawieniu została przez mężczyzn sprowadzona do prostytutki, po to aby obniżyć jej wiarygodność i status, a także po to aby kościół katolicki został oparty przede wszystkim na męskiej części ludzkości... Możemy zadać sobie tylko pytanie: czy aby na pewno tak miało być? W odcinku o Marii Magdalenie mamy do czynienia stricte z wiarą, lecz w części ,,Kto zabił Chrystusa?" dostajemy czarno na białym dowody historyczne. Dowody, na zmianę historii przez ewangelistów. Napisana przez nich wersja wydarzeń, miała w wiekach średnich i już w bliższych nam czasach, olbrzymie reperkujse dla narodu żydowskiego. Okazuje się bowiem, że Poncjusz Piłat był bezwzględnym brutalem, któremu nie obcy był widok śmierci. Chciał on zrobić karierę i jak najlepiej wypełnić zadanie jakie otrzymał od cezara, a mianowicie nie dopuszczać do wszelakich buntów w Galilei. A więc nie było możliwości, aby w czasach gdy do rebelii w Galilei dochodziło, Poncjusz Piłat mógł dać wybór Żydom pomiędzy Jezusem a Barabaszem. Nie mogło też dojść do przysłowiowego umycia rąk od tego wyboru. Naukowcy wskazują prze to na fakt, że ludzie piszący ewangelie 70 lat po Chrystusie kierowali się przy jej spisywaniu tym jak zostanie ona przyjęta w Rzymie, bo z myślą o Rzymianach była przecież pisana. W takim razie wina za śmierć Jezusa Chrystusa nie mogła spaść na Rzymianina Poncjusza Piłata, a na kogoś innego, w tym przypadku na naród żydowski z którym chcrześcijanie wtedy konkurowali o wiernych. Ta zmiana zdaniem tamtych ewangelistów była pewnie małym kłamstwem, lecz spowodowało ono zarzewie wielkich plag, które spadły na Żydów od średniowiecza po wiek XX. A mowa tu o pogromach jak i poźniej o Holocauście. W końcu stwierdzenie, że Żydzi to zabójcy Chrystusa zostało wyprostowane, a naród żydowski powinien zostać uniewinniony, choć może nie przez kościół... Bo to struktura, która tak się rozrosła, że mogłaby się do tego przyznać tylko podczas jednego pontyfikatu, który niestety 4 lata temu się zakończył... JPII był jakby zaprzeczeniem tego złego kościoła opartego na inkwizycji i nietolerancji. Co najgorsze w każdym kościele w Polsce odczytuje się pewnie w tej chcwili oszczercze i antysemickie wersy pisma świętego jakoby to Żydzi skazali na śmierć Jezusa Chrystusa, a nie Rzymianie i prorzymscy, skorumpowani kapłani. I jak tu teraz iść do kościoła?
niedziela, 29 marca 2009
Leo... why?
Po wczorajszym wieczorze, nawet najwierniejsi wielbiciele Leo Beenhakkera, czują zażenowanie... i to jakie... tak naprawdę żadne słowa nie oddadzą tej sportowej goryczy w jaką wprawili swoich kibiców reprezentanci Polski w piłce nożnej. Hm reprezentanci? Tak, to dobre pytanie, bo czy ludzie, którzy grali wczoraj w biało-czerwonych strojach, można w ogóle nazwać reprezentantami kraju? Dla mnie reprezentant kraju traktuje kadrę jako coś najświętszego, coś za co warto ''umierać''. Leo wprowadził nową jakość do polskiej piłki, tego odmówić mu nie można, trzeba pamiętać o tym co dla nas zrobił, ale jego formuła reprezentacji właśnie się wyczerpała. Porażkę w Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii uznaliśmy za badanie gruntu w imprezie w której jeszcze nigdy nie braliśmy udziału, a jesienne wydarzenia z Bratysławy sprowadziliśmy do wypadku przy pracy, lecz jak pokazuje życie, niesłusznie. Następny selekcjoner powinien wpoić swoim piłkarzom nie tyle profesjonalne przygotowanie fizyczne, ale także mentalne, a wręcz patriotyczne, ponieważ zawodnicy muszą wiedzieć, że nie reprezentują tylko siebie, a przecież nasz kraj do cholery! I to bez względu na to czy do zmiany trenera dojdzie już w trakcie eliminacji czy zaraz po, bo należy zwrócić uwagę na to, że mamy jeszcze iluzoryczną nadzieję na awans do mistrzostw świata. Przynajmniej poprzez baraże. Tak, ale z taką formą, motywacją czy ustalaniem składu nie mamy żadnych szans w meczach wyjazdowych w Pradze czy w Lublanie. Mało tego, grając w takim stylu nie mamy co liczyć na 3 punkty nawet w spotkaniu z San Marino... A to byłoby jeszcze większym wstydem niż wczorajsze upokorzenie w Belfaście... niewybaczalnym! Nie obrażając przy tym zawodników z San Marino. Za błędy trzeba płacić, a trener jest odpowiedzialny za grę i wyniki swoich podopiecznych. Pytanie brzmi inaczej: czy możemy ostatni raz zaufać tej drużynie, dając okazję do rehabilitacji, czy też zakończyć jej cierpienia już teraz?
sobota, 21 marca 2009
Czas na felieton
Cudowne czyny Każdy nowy dzień przynosi kolejne argumenty za tym, że żyjąc w Polsce można wyostrzyć sobie absurdalny humor. Jednak nie ma to za wiele wspólnego z humorem angielskim typu Monty Python. Polak nie gęś i swoją wizję absurdu ma. Potrafimy rozpętać trzecią wojnę światową stawiając opór w samolocie, obrażając przy tym sąsiedni naród, w sposób niepodobny premierom z Krakowa. Jakby tego było mało, barwna małżonka zatrzymanego awanturnika pochodzi właśnie z tego przygranicznego kraju. Mamy szczęście do ludzi aspirujących lub pełniących stanowisko Prezesa Rady Ministrów. Mimo, że czas studniówek nieubłagalnie się kończy to i tak Kaziu jest znów na ustach wszystkich. Jego katolicki sposób uprawiania polityki zweryfikowało życie i to w sposób bardzo ironiczny. Dla Izabel porzucił wszystko, a nawet stracił bo na prezydenturę nie ma już co liczyć. No chyba, że w Gorzowie Wielkopolskim. Z kolei jak pokazuje premier z Żoliborza, to czyny a nie cuda powinny grać pierwsze skrzypce w procesie jakim jest rządzenie państwem. Najlepszym przykładem tych słów była przecież koalicja z prawdomównym Andrzejem i wielkim Romanem, nomen omen z wicepremierami. Pozycja pierwszego z spośród równych jest jak wiadomo absorbująca. Lecz czy nie można zamiast na sejmową debatę i głosowanie, wybrać się czasem z ministrami na piłkę? Przynajmniej niedoszły prezydent chce krzewić w swojej załodze kulturę fizyczną, a to w przypadku otyłości naszych współobywateli jest jak najbardziej wskazane. Media w bezwzględny sposób obnażają polityków, pokazując różnicę między tym co głoszą, a tym co robią. Odkąd kamera weszła za kurtynę życia politycznego i to nie tylko w Polsce, mamy co raz to większe i nieodparte wrażenie, że ludzie których wybieramy nadają się co najwyżej… do wyprawy w kosmos. I to najlepiej do jakieś odległej galaktyki. PREMIER z POZNANIA
Miłość Marzysz o niej. Jak Bóg przykazał zakładasz rodzinę. A gdy w końcu miłość się znajdzie to na pytanie czy kochasz, odpowiesz: bardzo! ROMANTYK Władza Pragniesz jej. Aby ją uzyskać, pójdziesz po trupach. Kiedy ją zdobędziesz to dzielisz się nią z przestępcami i faszystami. A wszystko to bo władzę kochasz. Bardzo! MAKIAWEL z ŻOLIBORZA Ktoś Żyje sobie ktoś. Trenował coś, a nawet trenuje kogoś. Kto? Niech zwycięża Leoś! PATRIOTA |
Archiwum
Zakładki:
Bro
Także polecam
We własnej osobie...
|